jeśli zamknie się w jednym pokoju psychologa i człowieka, który uważa, że jest Napoleonem, i zostawi się ich tam na rok albo na dziesięć lub dwanaście lat, to czy po tym czasie zastaniemy w pokoju dwóch psychologów, czy dwóch Napoleonów? S. King
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
czwartek, 01 października 2009
Przeprowadzka

Od teraz nie będę już tutaj nic pisała. Wszystkich, którzy tu zaglądali (albo tu jeszcze trafią i się zainteresują), serdecznie zapraszam - do czytania i dyskusji - w Nowe Miejsce :)

Skopać pacjenta

Trafiłam w "Wysokich Obcasach" na rozmowę z psychoterapeutą Frankiem Farellym, twórcą i propagatorem terapii prowokatywnej. Przeczytałam i pomyślałam, że pan lubi prowokować nie tylko w terapii, ale tak ogólnie ;)

Nagłówek artykułu streszcza ogólną ideę ww. terapii, dlatego pozwolę sobie go na początku zacytować: "Gdy klientka przyszła na pierwszą sesję, lał deszcz. Zapytałem ją, czy czuje się jak szmata. Przytaknęła. Więc wytarłem buty w jej sukienkę. Na drugiej sesji lekko ją kopnąłem. Na trzeciej mi oddała." Farelly twierdzi, że ugłaśnia tylko myśli pacjenta o sobie, ale i fakty, które widzi, a sukcesy odnosi właśnie dzięki temu, że pociesza w pusty sposób i nie próbuje wspierać, tylko szokuje, przerywa utarty schemat myślenia oraz nazywa.

Trudno mi jest bezkrytycznie podejść do tego, co przeczytałam. Trudno jest mi się zgodzić zarówno z samą formą, jak i ogólnymi poglądami Farelly'ego na temat psychoterapii.

"Co ryzykuję? On nie może wpaść w depresję, bo już w niej jest." Zawsze się ryzykuje.

"Przełomowe odkrycia w psychologii nie mogą być pod superwizją!" A ja twierdzę, że powinny być! Niekoniecznie na zasadzie potulnego poddania się superwizorowi, ale na zasadzie rozmowy, dyskusji, nawet wybronienia swojego zdania, ale wobec kogoś. Zbyt łatwo zamknąć się we własnym sposobie myślenia i własnych schematach, pójść za emocjami, a jest to zbyt niebezpieczne, zwłaszcza w pracy terapeutycznej.

"Widzi pani, mój pomysł na terapię jest prosty, tylko nikt nigdy nie odważył się go zrealizować. Ale jestem pewien, że wszystkich terapeutów wkurzają pacjenci, którym się nie poprawia, i w głębi duszy myślą to, co ja po prostu mówię. Czemu nie powiedzą na głos tego, co samo aż się ciśnie na usta?" A właśnie, że pomysł był realizowany. W terapii systemowej istnieje pojęcie interwencji paradoksalnej, która polega na tym, żeby mówić pacjentowi rzeczy w jakiś sposób szokujące, łamiące schematy. Np. rodzicom anorektyczki można zalecić, aby dokładnie pilnowali, ile i jak je, żeby się nie przejadała. Ponoć działa, bo odbiera anoraktyczce jedną z podstawowych motywacji do niejedzenia, tj. potrzebę zachowania kontroli, aczkolwiek jest ryzykowne i trzeba dobrze przemyśleć takie zlecenia. No i nie każdy ma taką osobowość, żeby używać  paradoksu w przekonujący, dobry sposób. Ot, kwestia refleksji nad własnym warsztatem i własnym sposobem reagowania. Nie mówiąc już o tym, że jeśli terapeuta jest dobrym terapeutą, to nie wkurza się po cichu na pacjenta, tylko mówi o swoich emocjach. Może powiedzieć na przykład, że jest zaniepokojony albo zdenerwowany brakiem postępów i próbować rozmawiać o tym z pacjentem, aby razem dojść do przyczyny niepowidzenia. Tak więc mówi się to, co się myśli, ale... kulturalnie i z szacunkiem do drugiego człowieka. Jak w życiu...

"Statystyki, które prowadzę, mówią same za siebie - mam wyleczenia w granicach 90 proc. I to nawet w przypadkach beznadziejnych." Z badań wynika, że skuteczność różnych podejść terapeutycznych jest porównywalna - i jednak niższa.

"[Pacjenci wracają] bo ktoś wreszcie zrozumiał, co myślą i czują, a nie atakował wspierającymi gadkami, które trafiają jak kulą w płot. Wreszcie wiedzą, że przy kimś mogą być sobą i nie ma ściemy, nic nie wisi w powietrzu. Mogą się ze mną pokłócić i ja się nie obrażę." Terapia nie polega na atakowaniu wspierającymi gadkami. Są one nawet niewskazane. Wskazana jest autentyczność. W tej kwestii nie widzę specjalnej różnicy w pomyśle Farelly'ego poza formą, sposobem używania słów.

I jeszcze do kilku innych rzeczy bym się przyczepiła. Na przykład nie zgadzam się z tym, że sama zmiana zachowania, bez ruszania motywacji i przyczyn jest skuteczna (ale właśnie dlatego nie "wyznaję" behawioryzmu ;)). Myślę jednak, że każdy powinien przeczytać i wyrobić sobie swoje własne zdanie na ten temat. Ja w każdym razie pozostanę konserwatystką piętnującą pioniera.

piątek, 25 września 2009
Apel niepsychologiczny

Szanowny Kierowco!

Jeśli zbliżasz się do skrzyżowania i chcesz skręcić w prawo, a równolegle do Ciebie jedzie rowerzysta, który nie sygnalizuje takiej chęci, to nie przyspieszaj w ostatniej chwili tylko po to, żeby skręcić mu przed samym nosem, zajeżdżając drogę.

Ta jedna minuta Cię nie zbawi, jego może.

Dziękuję za uwagę.

środa, 23 września 2009
Dojrzałość szkolna

Próbuję przedrzeć się przez nową podstawę programową dla przedszkoli, nowe przepisy i zasady postępowania z dzieciakami, skonfrontować to z własnym doświadczeniem - i zrozumieć problem sześciolatka w szkole. I wygląda na to, że z tym zrozumieniem u mnie najgorzej...

Biorąc wszystko pod uwagę, wydaje mi się, że przeciętny sześciolatek nie powinien mieć absolutnie żadnych problemów w I klasie. Problem pojawia się wtedy, gdy sześciolatek jest w przedszkolu (?!). Ale nie wynika to wcale z tego, czy dziecko jest dojrzałe czy nie, raczej z tego, jak dostosowuje się programy.

Oddawałam dzisiaj opisy sześciolatków (skrócona diagnoza) ich nauczycielce. Chwila rozmowy i okazało się, że ani ja ani ona nie możemy prawie nic w tym roku robić, bo za cokolwiek byśmy się wzięły, to będzie to niezgodne z nową podstawą programową. "Przyszła pani na wizytację i kazała nam pościągać wszystkie literki ze ścian - miałyśmy tam alfabet przyczepiony - bo nie wolno nam uczyć liter. A co ja mam zrobić, jeśli przynajmniej piątka w mojej grupie już umie czytać, a większość zna litery i nauka czytania byłaby dla nich czymś naturalnym i niewymuszonym?". Wygląda na to, że mi też nie wolno uczyć dzieci podziału wyrazów na głoski w ramach ćwiczenia percepcji słuchowej, bo w podstawie jest tylko umiejętność podziału na sylaby. A jak się to ma do faktu, że sześciolatki bez problemu dzielą wyrazy na sylaby, a większość radzi sobie też z głoskami? Ano tak, że za normę uznaje się to, co dotyczy mniejszości i w ten sposób zamiast pomóc tej mniejszości nabyć umiejętności, które inne dzieci już posiadają, każe się większości udawać, że nie umie tego, co umie. A już na pewno zakazuje się praktycznego wykorzystania tych umiejętności.

OK, niech sześciolatki idą do szkół (choć nie wierzę w to, że będą traktowane bardziej indywidualnie niż w przedszkolu i dzięki temu zostaną wyrównane szanse edukacyjne). Ale niech nie oznacza to ogólnego zaniżania poziomu i równania w dół, bo nawet nie do przeciętnej. I niech nie odbywa się to kosztem dzieci z lat "przejściowych", dla których w gruncie rzeczy nie ma miejsca ani w szkole (brak przygotowania szkół), ani w przedszkolu (nazwijmy to górnolotnie podcinaniem skrzydeł).

 

P.S. Zdaję sobie sprawę z tego, że skupiłam się tylko na jednym aspekcie rozwoju, pomijając całkowicie kwestię rozwoju emocjonalnego czy społecznego, ale to, o czym pisałam, wyjątkowo zwróciło moją uwagę.

piątek, 18 września 2009
Siła woli

Halinka podesłała mi dzisiaj cudowny filmik :) Wiem o nim tylko tyle, że dotyczy jakiegoś badania na dzieciach - ponoć dzieciak, który nie zje pianki, ma lepiej sobie radzić w przyszłości w życiu. Nie wgłębiam się w samo badanie, ale i nie o to tutaj chodzi. Zachwyciły mnie po prostu miny dzieci, podchody do pianki, sposoby radzenia sobie w tak trudnej sytuacji, dyskretne podgryzanie, no i - w niektórych przypadkach - niesamowita siła woli :))) Polecam :)

A filmik jest tutaj.

wtorek, 15 września 2009
Damsko-męskie

Temat przyjaźni damsko-męskiej niezmiennie budzi gorące emocje. Niektórzy twierdzą, iż taka przyjaźń jest absolutnie niemożliwa, inni z kolei zarzekają się, że mają przyjaciół przeciwnej płci i bardzo sobie te przyjaźnie cenią. Każdy ma jakieś doświadczenia związane z takimi przyjaźniami i właśnie na nich opiera swoje przekonania.

Tymczasem psychologowie uważają, że przyjaźnie damsko-męskie są jak najbardziej możliwe, wymagają jednak szczególnej uważności i ostrożności, tym większej, że prędzej czy później w relacji pojawi się fascynacja erotyczna - i tylko od konkretnych osób zależy, co z nią zrobią i na jakie tory skierują znajomość.

Co wydaje się ważne, niemal konieczne, aby przyjaźń między mężczyzną a kobietą była rzeczywiście wartościowa?

  • odpowiednie priorytety - wiem, kto i co jest dla mnie najważniejsze: jeśli mąż i przyjaciel potrzebują rozmowy w tym samym czasie, wybieram rozmowę z mężem
  • zaufanie w związku romantycznym - wiem, na co mogę sobie pozwolić, a co jest już niedopuszczalne, nie tylko w moim własnym odczuciu, ale i odczuciu partnera romantycznego; wprowadzam partnera w świat moich znajomości i przyjaźni, a równocześnie nie ograniczam jego kontaktów towarzyskich; ufam mu tak samo, jak od niego oczekuję zaufania
  • dojrzałość emocjonalna - rozpoznaję własne potrzeby i emocje, potrafię je nazwać, skonfrontować się z nimi i nimi kierować; poznaję emocje i potrzeby mojego przyjaciela, potrafię zareagować, gdy widzę, że jego oczekiwania względem mnie wykraczają poza uzgodnione wspólnie pojęcie przyjaźni
  • umiejętność jasnego komunikowania własnych myśli, uczuć i stawiania granic - otwarcie rozmawiam o własnych odczuciach i wątpliwościach dotyczących przyjaźni, jeśli takie się pojawią
  • odwaga w podejmowaniu decyzji - jeśli widzę, że przyjaźń zagraża związkowi romantycznemu i mimo starań sytuacja nie ulega poprawie, umiem podjąć uczciwą decyzję o tym, która relacja jest ważniejsza i mam odwagę podążyć za tą decyzją, nawet jeśli oznacza konieczność ograniczenia kontaktów
  • "jasne intencje" obu stron - cenię daną znajomość jako przyjaźń, nie oczekuję niczego więcej i wiem, że druga strona ma takie samo podejście do sprawy

Trudne? Bardzo. A jednak z badań wynika, że warto. Przyjaźnie z kobietami dają mężczyznom możliwość zwierzenia się i bycia zrozumianym w stopniu, jakiego nie zapewniają męskie przyjaźnie. Dla kobiet z kolei przyjaciel-mężczyzna to poczucie bezpieczeństwa, możliwość rozmawiania z większym dystansem i swobodą na wiele tematów (mężczyźni są wszak mniej drażliwi niż "najlepsze przyjaciółki") oraz okazja zajrzenia do tajemniczego "męskiego świata".

/Notka zainspirowana "Charakterami" i dyskusją z przyjaciółką na ten temat./

sobota, 12 września 2009
Nie tylko siniaki

Przemoc kojarzy się jednoznacznie - ktoś kogoś uderzył, pozostał siniak, zadrapanie. A to wcale nie tak. No, nie do końca tak. Przemoc fizyczna to tylko jeden z aspektów dużo szerszego zjawiska. I to w dodatku ten aspekt, który najłatwiej zauważyć i na który najprościej zareagować.

Opuszczenie (też emocjonalne), zaniedbanie, brak miłości, zaspokajanie własnych potrzeb emocjonalnych własnym kosztem, "podcinanie skrzydeł", nakładanie zbyt dużo obowiązków, zbywanie, niewłaściwe słowa w niewłaściwym momencie... Wszystko to (i jeszcze kilka innych zjawisk) wymienia Paweł Karpowicz w artykule "Poranione słowami" na temat przemocy wobec dzieci.

Artykuł do przeczytania we wrześniowych "Charakterach" (w najbliższym czasie powinien pojawić się także tutaj).

piątek, 11 września 2009
Dwa końce Internetu

Komunikacja przez Internet, nawiązywanie tą drogą znajomości, przenoszenie życia towarzyskiego do sieci. Złe czy dobre? Szkodliwe czy pomocne? Wobec coraz większej obecności Intrenetu w codziennym życiu, także codziennym życiu dzieci (!), takie pytania pojawiają się coraz częściej i coraz częściej naukowcy próbują na nie odpowiadać. A odpowiedź nie jest prosta i jednoznaczna. Powiedzenie, że "kij ma dwa końce" także tutaj może znaleść zastosowanie.

Koniec pierwszy

Komunikacja niewerbalna. W codziennych kontaktach to ona właśnie ma ogromne znaczenie. Mówi się, że w wyrażaniu sympatii i niechęci najważniejsza jest mimika twarzy (55% informacji), później ton głosu (38%), a dopiero na końcu znajdują się słowa (7%), a gdy mimika i słowa są niespójne, bardziej wierzymy wyrazowi twarzy. W komunikacji internetowej jesteśmy zdani na słowa. Wiemy tylko to, co nasz partner chce nam powiedzieć i nie możemy odbieranych informacji skonfrontować z własnymi wrażeniami i emocjami, opierającymi się na tym, co niewerbalne. Kamera internetowa? Nie jest jeszcze tak powszechna i - w gruncie rzeczy - chętnie używana (raczej do kontaktu ze znajomymi z realnego świeta niż do zawierania nowych znajomości on-line). Emotikonki? Pomagają. Ale przecież to też tylko od nadawcy zależy, w którym miejscu je umieści.

Wyobrażenia. Gdy kogoś poznajemy, na początku mamy szereg wyobrażeń na jego temat, które później weryfikujemy w trakcie poznawania się. W komunikacji internetowej brakuje przestrzeni weryfikacji. Po pewnym czasie może się okazać, że kontaktujemy się nie z drugim człowiekiem, a z naszym własnym wyobrażeniem o nim, tym bardziej że umysł ludzki ma ogromną zdolność do przyjmowania tych danych, które potwierdzają jego wcześniejsze założenia, a odrzucania tych sprzecznych z oczekiwaniami.

Konflikty. Istnieją badania mówiące o tym, że przez Internet dużo łatwiej się pokłócić. Bo brak jest kontekstu rozmowy, bo trudniej odczytać ukryte intencje i myśli, bo internetowa anonimowość i poczucie braku konsekwencji własnych działań sprzyja mniejszej kontroli emocjonalnej. I tak czas, który można by poświęcić na rozmawianie, trzeba poświęcić na dodatkowe precyzowanie własnych myśli i tłumaczenie, co się tak naprawdę myślało. I godzenie się ;)

Koniec drugi

Anonimowość. Przed chwilą opisywałam ją jako czynnik zagrażający prawdziwej komunikacji. A jednak ma też swoje jasne strony - wiele osób łatwiej się dzięki niej otwiera, czuje się swobodniej, mniej myśli o wrażeniu, jakie wywiera na partnerze, a to wszystko może sprzyjać większej bliskości i bezpośredniości kontaktu.

Trening społeczny. Dla wielu osób z podwyższonym poziomem lęku społecznego, które mają kłopoty z nawiązywaniem relacji w realnym świecie, Internet może stać się przestrzenią treningową. Zawieranie znajomości przez sieć i uczenie się komunikacji za jej pośrednictwem, pomaga zmniejszyć lęk przed ludźmi, uczy strategii porozumiewania się i - w efekcie - może ułatwiać nawiązywania znajomości także w realnym świecie. Dotyczy to też samej komunikacji interentowej - im ktoś ma większe doświadczenie w kontaktowaniu się przez sieć, tym łatwiej mu tworzyć w Internecie bliskie relacje.

Powszechny dostęp. Tutaj chyba nie trzeba wiele pisać. Wiadomo - dzięki Internetowi można nawiązać kontakt z ludźmi na drugim końcu świata. Można także porozmawiać z kimś, kto ma podobne pasje, zainteresowania, poglądy czy problemy, niezależnie od tego, jak mało powszechne byłyby w naszym bezpośrednim środowisku. A świadomość, że gdzieś na świecie jest ktoś taki sam jak ja, czasami potrafi zdziałać cuda... Nie mówiąc już o tym, że Internet ułatwia kontakt z kimś, kogo się zna, lubi, kocha, kto akurat jest gdzieś daleko. I nie trzeba czekać tygodniami na list...

 

I jaki z tego wniosek? Ano taki, że Internet jest tylko narządziem. Nie ma wątpliwości, że komunikacja przez Internet nie może zastąpić realnych relacji z innymi ludźmi, ale wydaje mi się też, że w powszechnym rozumieniu i doniesieniach medialnych trochę za bardzo się ją demonizuje.

wtorek, 08 września 2009
Rozmawianie

Czytam "Rozmowę i obserwację w diagnozie psychologicznej" Anny Suchańskiej i z każdą stroną jestem bardziej zadowolona, że po nią sięgnęłam. Autorka w jasny, konkretny sposób charakteryzuje specyfikę rozmowy terapeutycznej i obserwacji jako sposobu zbierania informacji, a następnie opisuje konkretne metody i techniki rozmawiania i patrzenia (aby były skuteczne), podając liczne przykłady oraz sposoby, jak się ich uczyć. Bez niepotrzebnego nagromadzenia teorii i przytłaczania badaniami, osadza jednak swoje wnioski w rzeczywistości naukowej.

Książka przeznaczona jest dla psychologów i terapeutów, autorka odnosi się głównie do diagnozowania osobowości klienta, wydaje mi się jednak, że wiele fragmentów mogłoby być ciekawą lekturą dla pedagogów, nauczycieli czy lekarzy - tych wszystkich, w których pracy nawiązywanie kontaktu przez rozmowę jest takie ważne.

Myślę, że to książka z serii tych, do których warto wracać - drugi, trzeci i jeszcze kolejny raz.

 

 

sobota, 05 września 2009
Logika

Usłyszałam kiedyś zdanie, że świat musi być logiczny, bo inaczej by nie istniał. Bardzo mnie to zdanie oburzło. Jak to??? Wszystko logiczne? Wszystko do wytłumaczenia, do poukładania? A gdzie miejsce dla całej sfery uczuć, emocji, spontanicznych zachowań, intuicji?

A jednak... Gdy słucha się różnych opowieści, gdy zastanowi się nad własnym życiem, to jakieś zasady widać... Zresztą cała psychologia jako nauka opiera się na systematyzowaniu zachowań, myśli (czy raczej sposobu myślenia), ba, nawet emocji. I wiele, naprawdę wiele rzeczy okazuje się "do przewidzenia", jakby "nie mogło być inaczej".

Nie, nie zmierzam bynajmniej do tego, że "psycholog wie zawsze, wszędzie i od pierwszego wejrzenia". Tak wcale nie jest. Trafiłam ostatnio na fajną książkę, której autorka rozprawia się z mitem wszystkowiedzącego psychologa już w pierwszym rozdziale i przypomina, że wiemy tylko to, co nasz rozmówca nam powie ("Rozmowa i obserwacja w diagnozie psychologicznej", A. Suchońska). Chodzi mi tylko o to, że cokolwiek byśmy mówili i myśleli o sobie, to rządzą nami pewne zasady, mechanizmy, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy. Co więcej - im mniej je sobie uświadamiamy, tym bardziej nami rządzą. To z zewnątrz widać je bardziej. I dobrze jest czasem popatrzeć na siebie z dystansu, żeby je zobaczyć. Żeby to nie one rządziły nami, tylko żeby każdy mógł sam decydować o sobie. Bo zazwyczaj coś z czegoś wynika, nawet tak irracjonalne jak strach, lęk, to że coś nas doprowadza do złości, choć nie bardzo wiemy, dlaczego, i to, że do czegoś się uśmiechamy, choć inni tego nijak nie mogą zrozumieć.

I ostatni już wątek. Może dlatego tak bardzo boimy się uznania, że istnieją ogólne zasady, którym podlegamy, bo lubimy myśleć o sobie jako o osobach jedynych, niepowtarzalnych, których nie da się zaklasyfikować.

Moim zdaniem właśnie świadomość rządzących nami mechanizmów pozwala wydobyć to, co indywidualne. Wtedy zostaje Człowiek, a nie Zasada.

 
1 , 2